|
Blog > Komentarze do wpisu
Joris - Karl Huysmans
Do iluż jednak uciekał się niestrudzonych poszukiwań, w iluż pogrążał się medytacjach, zanim swoje mieszkanie powierzył tapicerom! Od dawna już rozeznawał się wybornie w szczerości i fortelach odcieni. Niegdyś, kiedy jeszcze przyjmował u siebie kobiety, skomponował był buduar: wśród mebelków rzeźbionych złotawym japońskim kamforowcu, pod czymś podobnym atłasowemu namiotowi, zabarwionemu różem indyjskim, ciała nabierały z wolna sztucznych kolorów dzięki światłom przesiewanym przez tkaninę. Pokój ten, wypełniony echami luster przesyłających sobie wzajem ze ścian odbicia niekończących się amfilad różowych buduarów, słynął wśród dziwek, które lubiły nurzać swoja nagość w tej kąpieli ciepłego szkarłatu, aromatyzowanej wonią mięty, jaką wydzielało drzewo mebli. (…) Potem, w czasach, kiedy wyróżniać się uznawał za konieczne, des Esseintes stworzył serię umeblowań przepysznie dziwacznych, a salon podzielił na szereg nisz o różnorakich obiciach, nisz, które mogły łączyć się z sobą na zasadzie subtelnej analogii, nieokreślonej zgody barw radosnych albo posępnych, delikatnych lub jaskrawych, kojarzyć się z charakterem jego ulubionych dzieł łacińskich czy francuskich. Sadowił się w takiej niszy, której dekoracja wydawała mu się najstosowniejsza do substancji dzieła, jakie wiedziony chwilowym kaprysem czytać zamierzał. Na koniec rozkazał urządzić wysoką salę, przeznaczoną do przyjmowania dostawców; wchodzili, zasiadali rzędem w kościelnych stallach, a wtedy on wstępował na ambonę i z jej wyżyn wygłaszał kazanie na temat dandyzmu, żeby stosowali się jak najabsolutniej do rozmaitych jego brewe w materii kroju – i grożąc ekskomuniką pieniężną, jeśli nie będą wypełniać szczegółowo wskazań zawartych w jego monitoriach i bullach. Zyskał reputację ekscentryka, miary zaś dopełnił jeszcze swoimi strojami: odziewał się w białe aksamitne garnitury i kamizelki ze złotogłowiu, koszuli pod szyją nie zapinał, zastępując krawat bukietem fiołków parmeńskich wetkniętych w ów dekolt, literatów zaś spraszał na słynne obiady, spośród których między innymi jeden zwłaszcza, wzorowany na XVII wieku, zdobył rozgłos, kiedy diuk Jan, pragnąc uczcić jakąś najbłahszą i nieudaną miłostkę, wykoncypował ucztę żałobną. W jadalni obitej kirem, otwartej na ogród posesji przynależny, który zmienił nagle wygląd, aleje bowiem zalegał pył węglowy, niewielki basen wypełniony atramentem okalała teraz cembrowina z bazaltu i wszędzie pojawiły się kępy cyprysów i pinii, podano obiad na czarnym obrusie przystrojonym koszami fiołków i skabioz, oświetlonym kandelabrami, gdzie paliły się zielone płomienie, i świecznikami, gdzie jarzyły się świece. Kiedy ukryta orkiestra wygrywała marsze żałobne, biesiadnikom usługiwały nagie murzynki w srebrnych pantofelkach i pończochach usianych łzami. (…) Lecz owe ekstrawagancje, którymi tak chlubił się niegdyś same z siebie zniszczały; dziś naszła go wzgarda dla tych ostentacji dziecinnych i przestarzałych, dla tych anormalnych ubiorów, dla tych cudackich upiększeń mieszkania. Zamyślał po prostu skomponować sobie dla własnej przyjemności już, a nie dla podziwu znajomych, siedzibę komfortową, ale taką, która byłaby przystrojona w sposób rzadki, ukształcić sobie lokum ciekawe i spokojne, dostosowane do potrzeb jego własnej samotności. Kiedy architekt przygotowywał dom w Fontenay zgodnie z jego pragnieniami i projektami, kiedy pozostała już tylko decyzja, jak umeblować go i przyozdobić, diuk Jan poświęcił wiele czasu na przegląd barw i odcieni. Pragnął bowiem takich kolorów, których wyraz potwierdzałby się w sztucznym świetle lamp; nie zależało mu na tym właściwie, jakie byłyby w blaskach dnia, szorstkie czy mdłe, żyjąc bowiem jedynie nocą, mniemał, że wtedy człowiek jest bardziej u siebie, bardziej samotny, i że umysł doznaje bodźców i pulsuje rzeczywiście tylko w styczności z czymś, co sąsiaduje z mrokiem; ale znajdował także szczególną radość w pokoju rzęsiście oświetlonym, w pokoju jedynym, który czuwał wśród kamienic zaciemnionych i śpiących, swoistą radość, może z drobną przymieszką próżności, satysfakcję całkiem osobliwą, jakiej zaznają ludzie pracujący do późnych godzin, kiedy podnosząc zasłonę w oknach, stwierdzają, że wokół nich wszystko jest wygaszone, wszystko jest nieme, wszystko jest umarłe. Systematycznie przesiał odcienie, jeden po drugim. Błękit skłania się przy świecach do fałszywej zieleni; jeśli jest ciemny jak indygo lub kobalt, staje się czarny; jeśli jest jasny, obraca się w szarość; jeśli jest łagodny i czysty jak turkus, mętnieje i zimnieje. Nie może być więc mowy, by uczynić błękit dominującą nutą pokoju, chyba że wyśle się go do towarzystwa i z pomocą innej barwie. Z drugiej strony szarości stalowe posępnieją jeszcze bardziej i stają się ciężkie; szarości perłowe tracą swój lazur i przekształcają się w brudną biel: brązy zasypiają i zimnieją; co do ciemnych zieleni, takich jak zielenie cesarskie albo mirtowe, zachowują się tak samo jak prymitywne błękity, zlewając się z czerniami; pozostawały więc zielenie bledsze, takie jak zieleń pawia, cynobry i laki, ale światło wypędza z nich błękit, zatrzymując już tylko żółtość, która z kolei zachowuje już tylko ton fałszywy, smak zmętniały. Nie było też co myśleć o barwach łososiowych, kukurydzianych i różowościach, których zniewieściałość koliduje z myślami o samotnictwie; nie było wreszcie co dumać o fioletach, które ubożeją; tylko czerwień wypływa na wierzch, wieczorami, i to jaka czerwień! czerwień śluzowata, paskudny osad wina; wydawało mu się zresztą całkiem zbędne odwoływać się do tej barwy, skoro jeśli wprowadzić do niej pewną dozę santoniny, ujrzymy fiolet, łatwo więc zmienić odcień tapet, nie dotykając ich nawet. Kiedy zatem odrzucić te kolory, pozostaną nam tylko trzy: czerwony, pomarańczowy, żółty. Ponad wszystkie diuk Jak przenosił pomarańczowy, potwierdzając w ten sposób własnym przykładem prawdziwość teorii, matematycznie ścisłej niemal, jak sam oświadczał, to znaczy: istnieje harmonia między naturą zmysłową jednostki naprawdę artystycznej a kolorem, który jej oczy widzą na modłę specjalniejszą i żywszą. (…) Studiując przy świecach wszelkie odcienie oranżu, odkrył taki, który nie powinien był się zważyć ani przymiotami swymi zawieść jego oczekiwań; po tych doświadczeniach wstępnych postarał się, o ile tylko było to możliwe, nie używać w swoim gabinecie tkanin i kobierców wschodnich, które teraz, kiedy wzbogaceni kupcy nabywali je w magazynach nowości, stały się tak obrzydliwe i pospolite. Koniec końców postanowił oprawić swoje ściany, jak oprawia się książki, w safian gruboziarnisty i w skórę z Cap, glansowaną przy pomocy ciężkich stalowych płyt, pod potężną prasą. Kiedy już lamperie były przyozdobione, kazał pomalować listwy i górne plinty na kolor indygo, ciemny, lakierowany, podobny temu, jakim przewoźnicy pociągają z zewnątrz ścianki karet, a sufit nieco wklęsły, również obciągnięty safianem, otwarł, niby ogromne owalne okno, oprawione w pomarańczową skórę, tworząc krąg firmamentu jedwabny, jasnoniebieski, ze wzbijającymi się pod sam szczyt na wyprężonych skrzydłach srebrnymi serafinami, niegdyś wyhaftowanymi przez bractwo kolońskich tkaczów na starodawnej kapie kościelnej. Wszystko to, tak rozmieszczone, wieczorem pogodziło się, utemperowało, ustatkowało: boazerie unieruchomiły swój błękit wspierany i podgrzewany jak gdyby barwami pomarańczowymi, które z kolei zachowały równowagę wolną od fałszów, podtrzymywane i w pewnym sensie rozjarzane natarczywym tchnieniem błękitów. Co do mebli, des Esseintes nie musiał fatygować się długotrwałym szperaniem – jedyny luksus tego pokoju miał polegać na książkach i kwiatach rzadkich; poprzestał, odłożywszy inne upiększenia na później, na kilku obrazach i kilku rysunkach, a że ściany pozostały nagie, większą ich część zasłonił hebanowymi półkami i szafkami bibliotecznymi, posadzkę wymościł skórami dzikich zwierząt i futrem niebieskich lisów, masywny stół, po piętnastowiecznym wekslarzu, otoczył głębokimi, uszatymi fotelami i ustawił przy nim pulpit kościelny, antyk z kutego żelaza, jeden z owych starodawnych pulpitów, na których diakoni rozkładali niegdyś antyfonarze, a który dźwigał obecnie jedno z owych ciężkich in folio Glossarium mediae et infiamae latinitatis du Cange’a. Okna, których szyby spękane, niebieskawe, usiane dnami butelek o wypukłościach upstrzonych złotem, zatrzymywał widok pól i przepuszczały jedynie imitację światła, z kolei odziały się w zasłony pozszywane ze starych stuł o złocie przyczerniałym i jak gdyby przydymionym, gasnącym w osnowie radości niemal martwej. Wreszcie, na kominku, również odzianym w szatę wykrojoną z przepysznego złotogłowiu dalmatyki florenckiej, pomiędzy dwiema monstrancjami z pozłacanej miedzi w stylu bizantyjskim, pochodzącymi z dawnego Abbaye-aux-Bois de Bièvre, cudowny kanon mszalny, oprawny w trzy oddzielne ramki, wyrobione misternie niczym koronka, zawierał pod szkłem skopiowane na autentycznym welinie, prześlicznymi literami mszału ze wspaniałymi iluminacjami, trzy utwory Baudelaire’a: po prawej i lewej stronie sonety noszące tytuły Śmierć kochanków, Wróg, w środku zaś poemat prozą zatytułowany: Anywhere out of the Word – Gdziekolwiek poza światem.
Joris-Karl Huysmans, Na wspak, Kraków 2003, s. 46-52.
sobota, 28 stycznia 2012, mosaika
|
|